0
Shares
Pinterest Google+

Seria Bardiani przedłużona. Mają swój kolejny skalp na Giro. Tym razem jednak jest to jeszcze większe zaskoczenie, niż wynikające z samego faktu wygrania etapu przez ekipę z dziką kartą. To zaskoczenie nazywa się Giulio Ciccone.

Korzystając z tej okazji warto „otworzyć” nową kategorię na blogu, czyli „Oto zwycięzca”.  Miejsce dla uhonorowania wyjątkowego wyczynu, czy wyjątkowych okoliczności. Miało to nastąpić wcześniej, przy wygranych Gasparotto na Amstel czy szalonym rajdzie Diego Rosy na etapie w Kraju Basków (pamiętne podnoszenie roweru za linią mety). Kategoria raczej – mimo wszystko – nie jest dla Peterów Saganów wygrywających setną edycję Dookoła Flandrii, choć i tamta wygrana, na dodatek w koszulce mistrza globu, robiła wrażenie. Tutaj honory czynić będziemy raczej takim diabłom z pudełka, jak onieśmielony tym co zrobił Giulio.

A co takiego zrobił? Otóż wygrał etap Giro jako neopro, a przecież już sam debiut w Giro w pierwszym roku wśród profi to duże wyróżnienie. Na dodatek jego rola od początku (wyścigu i tego etapu) polegać miała na holowaniu Stefano Pirazziego. Giulio zabrał się do ucieczki wraz ze swoim liderem i wszystko co miał zrobić, to doholować go jak najbliżej mety i wyprowadzić na pozycję do ostatecznego ataku!

I tu zaczynają się najciekawsze wydarzenia. Ciccone prowadzi Pirazziego pod Pian del Falco, najtrudniejszy tego dnia podjazd (1 kategorii). Kilkukrotnie podkręcając tempo „wywozi” swego lidera kilka metrów do przodu i wyraźnym gestem puszcza go przed siebie życząc zapewne szerokiej drogi i wielu sukcesów. Jednak Pirazzi coś nie reaguje, a właściwie wygląda na proszącego o litość. Nie ma już sił, by poprawić i odskakując wszystkim wyrwać do przodu.

Do szczytu dojeżdżają więc razem (z nimi Cunego), choć z każdą minutą widać wyraźnie kto jest z dwójki Bardiani silniejszy. Takie sytuacje się zdarzają, ale nie zawsze oznaczają zmianę hierarchii w drużynie. Wystarczy przypomnieć sobie Chrisa Frooma udowadniającego Wigginsowi swoją wyższość na podjazdach Tour de France. Tam jednak wygrał Bradley, a Froom musiał na swoje chwile chwały zaczekać (i zapracować od nowa). Tu jednak krytycznym momentem jest kuriozalna sytuacja na zjeździe z Pian del Falco (na filmie powyżej od 1:42 sekund).

Nawet dla młodziutkiego Giulio tego było za dużo. Kierownicy trzymać przecież za Stefano nie będzie. Pognał więc w stronę mety wygrywając z wyraźną przewagą nad pozostałymi zawodnikami z ucieczki i nadciągającymi tuzami peletonu, z emocji zapominając o zmęczeniu. Na metę – wbrew regulaminowi – wjechał nawet samochodem serwisowym jego dyrektor sportowy (na filmie od 2:14).

Tak rozpoczęła się kariera Giulio i zawsze będzie naznaczona tym sukcesem. Będziemy obserwować jak potoczą się losy tego kolarza.

ciccone2

foto: giroditalia.it | cyclingnews.com
Previous post

Zaczyna się...

Next post

Uwaga, talent!

No Comment

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.